Porażka Fiorentiny, zwycięstwo Boruca

Odżył w tej Florencji. Opieprza kolegów na treningu, ćwiczenia wykonuje z uśmiechem na ustach, w grach kontrolnych nie zawodzi. Artur Boruc wraca do siebie.

We wczorajszym meczu z Valencią interweniował na światowym poziomie. To był Boruc w swojej normalnej formie. Na zbliżeniach doskonale można było go poznać: wyluzowanego, może nawet lekko rozbawionego po udanej interwencji i zdenerwowanego, czasem wściekłego przy okazji błędów i nieporadności obrońców.

To był taki klasyczny Boruc. Skoncentrowany na grze, żyjący każdym boiskowym wydarzeniem. I tym właśnie polski bramkarz przekona do siebie Sinisę Mihajlovicia. To nie złudzenie, że mentalnie trenerowi Fiorentiny bliżej do Artura Boruca, niż do Sebastiana Freya. Wiadomo, jakim gościem był Serb na boisku. Polski bramkarz zachowuje się podobnie i dlatego będzie jego faworytem. Mając do wyboru spokojnego i solidnego Francuza oraz szalonego i bardzo dobrego Polaka Mihajlović długo się nie będzie zastanawiał.

* Skomentuj ten wpis

Lepszy wpierdol od Hiszpanii, czy pogrom San Marino?

Dwa dni nad tym myślałem… i nie wymyśliłem.

Lepiej jest oglądać jak Polacy wygrywają z amatorami, czy jak dostają łomot od najlepszych?
Fajniej zobaczyć jak magicy strzelają Kuszczakowi gola za golem, czy jak każda nasza akcja przeciwko pseudo-grajkom kończy się bramką?
Powinniśmy “rywalizować” z najlepszymi i przegrywać, czy tuszować naszą piłkarską rzeczywistość wysoko zwyciężając ze słabymi?

Lubimy przecież oglądać mecze, w których nie musimy się zastanawiać kto gra z ‘11′, w jakim klubie trenuje rezerwowy bramkarz i kto prowadzi tą drużynę. Ale świadomość, że wynik 0:6 pójdzie w Świat i nadal nikt nie będzie nas traktował poważnie boli. Okropnie boli. Czy warto więc przeżywać ten masochizm?

Jasne - nie ma co się cieszyć, że Peszko prawie strzelił gola Casillasowi, ale tak samo jak nie warto przywiązywać wielkiej wagi do bramek Smolarka w meczu z San Marino. 10:0 z nimi nie spowodowało, że nasza pozycja w futbolu się zmieniła. Jednak na taki wynik się przyjemniej patrzy.
Warto mieć świadomość, że progres w naszej grze po obu tych spotkaniach jest dokładnie taki sam - zerowy.
To może zwycięstwo z amatorami i porażka z Mistrzami Europy mają taką samą wartość?

* Skomentuj ten wpis

Co w tym RPA się będzie działo?

Właśnie. Co tam się będzie działo? Jaki ten Mundial będzie?

Nudny czy fascynujący, zaskakujący czy przewidywalny, pełen bramek czy remisów do przerwy?

Ile reprezentacji zostanie okradzionych?
Czy Hiszpanie w końcu zaczną przegrywać “jak zawsze”?
Jak bardzo dźwięk przypominający przelot gigantycznego komara (czyli “kochane” vuvuzele) będzie irytował telewidzów?
A może nikt na niego nie zwróci uwagi, bo wszyscy będę się zachwycali Messim?
Czy Niemcy znowu będą “turniejową drużyną” i nic nie zdobędą?
Z kim koszulką wymieni się Podolski, skoro w RPA nie będzie naszej reprezentacji?
Czy to prawda, że Jabulani mierzy ciśnienie i temperaturę piłkarza, który ją kopie?
I czy nowa piłka, tak jak jej poprzedniczki będzie “za szybka” dla bramkarzy?
Czy kibice wygwiżdżą Henry’ego?
Kto strzeli najpiękniejszego gola?
Czy Grecja przegrywając znowu będzie grała na czas?
Kto kogo i czym tym razem uderzy?
Kto do kogo mrugnie okiem pierwszy?
Kto dostanie rzut karny w 90. minucie, żeby bilans błędów sędziowskich był na 0?
I czy Howard Webb wreszcie zmienił swoich asystentów?
Kto na tle baneru Coca-cola będzie celebrował zdobycie bramki jak nikt wcześniej?
Kto po Mundialu będzie mógł śmiało reklamować chipsy?
Czy buty Nike’a będą szybsze od butów Adidasa?
Czy wszyscy stewardzi mają ważne książeczki sanepidu?
Czy Holendrzy będą mieli bardziej obcisłe koszulki niż zwykle?
Kto będzie grał “jak nigdy”?
Ilu symulacji dopuści się Ronaldo?
Czy Rooney między meczami będzie jadł fasolę w budzie?

Co wydarzy się w Afryce?

Panowie, futbolową gorączkę czas zacząć! Wyciszamy telewizor, żeby nie słyszeć komara i puszczamy Ziomocha, który… o tym komarze będzie nam opowiadał.

* Skomentuj ten wpis

Czymże jest taktyka?

Wczorajsze pyrrusowe zwycięstwo Barcelony zmusiło mnie do takiej o to refleksji.

Wygrał przecież zespół prowadzony przez Jego Wielkość Jose Mourinho, nazywanego wszem i wobec najlepszym strategiem piłkarskim. A jak grała wczoraj jego drużyna to widzieli wszyscy. Plan Mourinho był bardzo prosty [podobnie zagrała w zeszłym roku Chelsea Hiddinka] - ignorować gigantyczną przewagę Barcelony w posiadaniu piłki. Portugalczyk nie uznaje oklepanej zasady “im dłużej my mamy piłkę, tym krócej ma ją przeciwnik”. Widać było, że piłkarze z Mediolanu pozwolili Barcelonie na jej “ulubioną grę”. Z małym odstępstwem - zmusili Katalończyków do gry skrzydłami. W środku pola było tak gęsto od graczy Interu, że Xavi i Messi nie mogli wymieniać ze sobą krótkich podań.
Gra Mourinho polegała na żmudnym-nudnym bieganiu (raczej wszerz boiska) i wybijaniu piłki przed siebie. Pierwszy “prawdziwy” atak gości odnotowałem w 70. minucie. Przez ponad godzinę piłkarze Interu urządzili sobie między sobą konkurs: kto kopnie dalej, wyżej i mocniej.

No właśnie… dlaczego zawsze gdy mówimy o genialnej taktyce to tak naprawdę mamy na myśli przeszkadzanie rywalowi? Przecież, gdy w zeszłym roku Barcelona zdobywała puchar za pucharem to nikt nie mówił o myśli szkoleniowej Guardioli. Wszyscy porównywali Barcę do chłopców z podwórka, którym nie zależy na zwycięstwie do zera, tylko na strzeleniu jak największej ilości goli. Czy snuto teorie o genialnych odprawach Pepa? Nie, opowiadano raczej o niespotykanej więzi łączącej trenera i zawodników. Siła jego drużyny polegała na braku schematów w grze, fantazji, pomyśle. I to się sprawdzało.

W Mediolanie natomiast patrzono na zespół z zupełnie innej strony. Podziwiano nie styl gry, a konsekwencję w poczynaniach piłkarzy Mourinho. Interowi od kilku ładnych lat brakuje sukcesu w Europie zatem nieważna jest droga wiodąca do Pucharu. Ważne jest samo trofeum, więc biedni kibice muszą się czasami cieszyć z zawodów rugby na boisku piłkarskim. Zgoda, trochę to wszystko upraszczam, ale kiedy myślę o Mourinho (szczególnie o Mourinho w Interze) to widzę zespół “zdyscyplinowany taktycznie”, do znudzenia wybijający piłki i strzelający mało goli.
Nie chodzi mi o gloryfikowanie Barcelony, tylko o rolę przygotowania taktycznego w dzisiejszym futbolu. Zespół prowadzony przez najlepszego trenera świata tylko przeszkadza rywalom.
Dlaczego?!

Czy łatwiej jest przewidzieć jak przeciwnik będzie atakował niż jak będzie się bronił? Brakuje mu piłkarzy do ofensywnej gry? A może naprawdę ma w dupie styl, liczy się dla niego tylko końcowe zwycięstwo?
Kiedyś się przekonamy. Chciałbym zobaczyć Mourinho w roli trenera “ofensywnego” zespołu.

Jak ważna jest więc dziś taktyka w futbolu? Należy wpajać piłkarzom, co jest skuteczne na grę ich rywali czy odpuścić wykłady na temat gry przeciwnika i skoncentrować się na sobie?

* Skomentuj ten wpis

O wszystkim, czyli o niczym - felietony, których nienawidzę

Dziennikarstwo sportowe w Polsce leży i kwiczy. Nawet mój nędzny blog mógłby być publikowany na jednym z wielkich portali i poziomu sekcji “Piłka nożna” na pewno by nie obniżył. Otóż trafiłem właśnie na felieton Romana Kołtonia, dziennikarza którego kiedyś lubiłem. Kiedyś = bardzo, bardzo, baaaaardzo dawno temu, bo od dłuższego czasu ekspert Polsatu Sport przestał być dziennikarską osobowością - mówi banały, podlizuje się swoim rozmówcom, pisze nędzne felietony.

Link do jego najnowszego dzieła: http://sport.interia.pl/felietony/kolton/news/kolton-33-609-miejsc-ale-ile-zajetych,1457041,5418
No i o czym jest ten wpis? Do kogo jest skierowany? Po co został napisany?
Ja potrafię odpowiedzieć tylko na to ostatnie pytanie - Kołtoń ma w umowie z Interią określoną liczbę wpisów na tydzień/miesiąc i dlatego dosyć często musi zamieszczać nowe felietony. Reszta już nie jest taka oczywista.

Redaktor Kołtoń dywaguje:
GŁÓWNY PROBLEM: Czy nowy stadion Legii zwiększy zainteresowanie piłką wśród ludzi? Czy stadion w Warszawie będzie zapełniony?

DEDUKCJA KOŁTONIA: Może tak, może nie.
To, że będą kiełbaski na grillu to nie wystarczy, potrzeba jeszcze drużyny! A drużyny nie ma!
Trzeciak zmarnował swój czas na Łazienkowskiej. Problemem jest konflikt z kibicami.
Juventus też gra słabo w tym sezonie.
Stadion Lecha będzie większy, ale łatwiej będzie go zapełnić.
Od sezonu 2006/2007 Lech gra na licencji Amiki Wronki. Mimo to kibice Lecha nadal śpiewają piosenki o Lechu. Jacek Rutkowski się wzrusza, gdy słyszy te pieśni.
Lech to nie tylko plac budowy, Legia to tylko plac budowy.
Kiedyś kibice Lecha mówili, że kibice Legii są najlepsi.

I tak właśnie wygląda wpis Kołtonia. Oczywiście wszystko to trochę uprościłem (na ile, sami sprawdźcie), ale ja go właśnie tak czytam. Facet stara się być kontrowersyjny, napisać coś zgryźliwego, ironicznego, próbuje popisywać się swoją wiedzą na temat piłki, wkłada do tekstu niepotrzebne nazwiska, przypomina fakty, których nikt nigdy nie zapomniał. Bez fantazji, polotu i chyba bez sensu. Na koniec oczywiście “romantyczne zakończenie”, jakaś mała retrospekcja by przypomnieć jak to kiedyś było wspaniale, a teraz jest beznadziejnie.
Mam wrażenie, że Roman Kołtoń swoje felietony kieruje do idiotów nie mających pojęcia o futbolu, którzy będąc świadkiem jakiejś dyskusji chcą się do niej włączyć i zaimponować swoją “wiedzą”. Przecież każdy kto interesuje się piłką wie, że w Poznaniu będzie EURO2012, Legia należy do ITI, a Juventus gra w Turynie i żadna z tych informacji nie wymaga oddzielnego akapitu z “dowodem na prawdziwość twierdzenia”. No chyba, że jego odbiorcami są gospodynie domowe, na co dzień czytające “Naj” i “Przyjaciółkę” - wtedy rzeczywiście trzeba im tłumaczyć dlaczego Lech to Amika, która produkuje kuchenki, jakiej firmy piłką grają w Ekstraklasie i w ilu miastach będzie EURO2012.

PS. Nigdy nie zapomnę jak Kołtoń komentował EURO2008 i mówił:
“Na państwa ekranach teraz Leo Beenhakker, czyli trener reprezentacji Polski”
“Piłkę ma teraz Artur Boruc, czyli bramkarz reprezentacji Polski”
“Widzimy ławkę rezerwowych, a na niej Marek Saganowski - napastnik reprezentacji Polski”
itd.

Dzięki Roman, nikt tego nie wiedział.

* Skomentuj ten wpis

Nie Rzeźniczak przesrał Legii mecz

Tak, informacja podana dramatycznym tonem przed spotkaniem przez redaktorów Canal+ o “żołądkowych problemach” Jakuba Rzeźniczaka i wymuszonej zmianie w składzie Legii bardzo mnie… rozbawiła. Kolejny pretekst (z kategorii tych “za ciężkie piłki”, “dziurawe boisko”) do uzasadnienia ewentualnej porażki. Rzeźniczak nie mógł zagrać, dlatego Jarzębowski został przesunięty do obrony, dlatego w pomocy musiał zagrać ktoś inny, dlatego Iwański nie mógł zrealizować przedmeczowych założeń taktycznych, Grzelak był odcięty od podań.
Można pójść jeszcze dalej i sraczką Rzeźniczaka uzasadnić tragiczną grę Borysiuka, Rybusa i Wawrzyniaka. Chłopaki się przejęli, że Kuba siedzi na kiblu i ich myśli były skoncentrowane na samopoczuciu kolegi, a nie na grze.
Absurd? Być może, ale ostatnio na Legii to raczej normalność. Multum problemów (błahych, poważnych) i żadnego rozwiązania.
Od wielu miesięcy jedyną rzeczą, z której się cieszą przy Łazienkowskiej jest rosnący stadion. Tylko powstaje pytanie: czy ta Legia potrzebuje nowoczesnego obiektu?

Wracając do meritum…
Winnym ostatnich porażek Legii nie jest:
ani Rzeźniczak, który nie wziął przed meczem z Polonią Bytom węgla;
ani Choto, który dostał czerwoną kartkę w Krakowie i nie mógł dziś zagrać;
ani Chinyama, który jest kontuzjowany.

Odpowiedzialny za te rezultaty jest trener. Tak, łatwo mi to napisać, bo to jest bardzo proste. Ułomności szkoleniowiec Legii ma wiele, nie ma sensu ich teraz przytaczać, ale dzisiejsza bezradność piłkarzy wiele mówi o ich opiekunie:
Urban wymaga od swoich piłkarzy charakteru, którego sam nie ma! Trener Odry Wodzisław ma większe jaja niż szkoleniowiec Legii! Ten od dawna wykorzystuje magiczne ustawienie z jednym napastnikiem, bo “jego piłkarze inaczej grać nie potrafią”. Mi się jednak wydaje, że to ich trener nie potrafi inaczej myśleć.
Co jest najbardziej irytujące (poza wspomnianą taktyką) w prowadzeniu drużyny przez Urbana? Zmiany przeprowadzane w końcówkach spotkań, które Legia przegrywa/remisuje. I wszystko jedno, czy wpuszcza Gizę czy Komorowskiego. Przecież to idiotyczne dawać drużynie przeciwnej cenne sekundy i przybliżać ją do sukcesu! Piłkarzy po 85 minucie wymienia się tylko przy prowadzeniu!

Na Łazienkowskiej potrzebny jest nie taki trener, który “wymaga charakteru”, tylko taki który go ma. Taki, który jak wrzaśnie na drużynę to sprawia, że zawodnicy zapominają o zmęczeniu i biegają 2x szybciej; taki który odpysknie dziennikarzowi na złośliwe pytanie, a nie będzie się głupkowato uśmiechał do Pauliny Czarnoty-Bojarskiej; taki, który jest pewny siebie, ale jednocześnie uczy się na swoich błędach, szuka innych rozwiązań widząc niepowodzenia.
A Jan Urban nie szuka, bo uważa, że znalazł i ciągle stosuje te same metody. Bez powodzenia. Tajemnicą Poliszynela jest już fakt, że piłkarze jego uwagi mają w głębokim poważaniu i nie traktują go poważnie. Podobno Urbana dopadł “syndrom Piechniczka” -  trener Legii widząc nieporadność swoich zawodników pouczając ich wraca do przeszłości, w której on był kiedyś dobry i strzelił Realowi 3 gole. I to na wyjeździe!
Jak widać schorzenie, na które cierpi Antonii jest bardzo niebezpieczne i zaraźliwe, zatem już czas się rozstać, adios senior Urban!
Lepiej odejdź już teraz, bo latem przyjdzie pora na piłkarzy i będzie tłum przy wyjściu…

* Skomentuj ten wpis

Ligowe prognozy, czyli piłkarskie TVN Meteo

Prognozy z TVN Meteo mają to do siebie, że rzadko się sprawdzają. Podobnie jest z przewidywaniami dotyczącymi naszej Ekstraklasy. Dziennikarze/eksperci zupełnie jak pogodynki nie dbają o to czy mówią prawdę, bo przecież nie za to im płacą, prawda?! Liczy się ilość słów, artykułów i felietonów, a nie ich zawartość merytoryczna.
Każdy pseudo-spec ma swoje przypuszczenia odnośnie końcowych rezultatów w lidze i nie ukrywam, że ja także dałem się ponieść temu (jakże zdradliwemu) nurtowi. Dlatego dziś postanawiam zmienić kolor skóry i na chwilę [bezstresowo] zamienić się w Omenę Mensah. Dlaczego akurat w nią? Każda szanująca się drużyna musi mieć w swych szeregach choć jednego murzyna, więc staram się pozostać w klimacie piłkarskim.
Oto moje prognozy na nadchodzącą rundę…

Do spadku marsz!
Odra i Piast.

Niemożliwe po tym sezonie stanie się możliwe i w końcu klubik z Wodzisławia wyleci z Ekstraklasy. Całkiem słusznie, bo ile może trwać ten “fenomen”?! Każdy kto choć w najmniejszym stopniu interesuje się polską piłką dobrze wie, że Odra nie wnosi do ligi NIC. W przygranicznym mieście poradzą sobie bez Ekstraklasy, a i najwyższa klasa rozgrywkowa za Odrą tęsknić nie będzie. Nie pomogą transferowe “hity” pana Serwotki - Cantoro, Onyszko, Brasilia i inni powiększą tylko dziurę w budżecie i zepchną klub w finansowy dół jeszcze głębiej.
Między Jagiellonią (miejsce 10.) i Zagłębiem (miejsce 15.) są tylko 2 punkty różnicy. Zwiastuje to powtórkę z ubiegłego sezonu i walkę o utrzymanie do samego końca. Z pewnością to właśnie tych sześć zespołów między będzie toczyło bitwy, które złożą się na wojnę o życie w Ekstraklasie. Według mnie w tej “małej tabeli” ostatni będzie Piast i to on będzie towarzyszył Odrze w wycieczce do I ligi. W Gliwicach nie wytrzymają presji - po pierwszym potknięciu przyjdą kolejne - i nie uratują się przed spadkiem.

Kto Mistrzem?
Legia.

Warszawiacy odrobią 5 punktów straty do Wisły i ją wyprzedzą. Niezły terminarz (z trudniejszych wyjazdów tylko mecz w Poznaniu), brak kontuzji, brak Chinyamy (tak, wiem: był królem strzelców, razem z tym zajebistym Brożkiem) - czyli skuteczność zespołu automatycznie wzrasta. Wszystkie to przypadki i zrządzenia losu plus naprawdę niezła kadra sprawiają, że tytuł zdaje się wsiadać na Dworcu Głównym i już jechać w stronę Warszawy Centralnej.
Jakby tego było mało pod Wawelem wyraźnie chcą Legii pomóc, bo w przerwie zimowej nie ściągnęli nowego bramkarza, zatem kilka gratisowych bramek dla rywali Wisły mamy zapewnionych. “Paweł Mariuszek” jest gwarancją puszczania szmat z wyjątkową gracją i łatwością.
Na szczęście na Reymonta poznali się już na Mariuszu Jopie i namówili do powrotu Clebera, który razem z Marcelo stworzy świetny duet stoperów (w Głowackiego to ja nie wierzę).
Mimo to Biała Gwiazda nie świeci już takim blaskiem jak wcześniej - nieskuteczny Brożek i Małecki, brak reżysera gry z prawdziwego zdarzenia i w bramce ten pajac zamiast piłkarza. Obrona tytułu mimo przewagi na starcie się nie powiedzie.
Lech do walki o Mistrzostwo się nie włączy. Dlaczego? Zespół ze stolicy Wielkopolski ma najmocniej zachwiane proporcje między trenerem a piłkarzami. Jak na swój niezły zespół ma zdecydowanie za słabego trenera. Jacek Zieliński nie potrafi wyciągnąć maksimum z całej drużyny. Jan Urban i Maciej Skorża nie są jakimiś genialnymi strategami, ale mają lepsze kadry i dlatego są wyżej w tabeli.

Kto Królem Strzelców?
Robert Lewandowski.

W dużej mierze to on będzie ciągnął Lecha do przodu i zapewni mu III miejsce. Gra poznaniaków nie będzie skomplikowana - Peszko będzie szarpał na skrzydle i podawał a Lewandowski strzelał. Jeśli napastnika Kolejorza nie dopadnie kontuzja, to przy ogromie okazji swoje wykorzysta i pozostanie najlepszym strzelcem Ekstraklasy.

Tak wyglądają moje odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania przed dzisiejszym wznowieniem ligi. Po sezonie dowiemy się czy ze swoimi przewidywaniami mam szansę na tytuł “eksperta” czy jedynie na angaż w TVNMeteo…

* Skomentuj ten wpis

Goodbye Fabian?

Ciekawe czy takie słowa Arsene Wenger skieruje po dzisiejszych popisach w bramce do Łukasza Fabiańskiego. Niestety to, jak Fabian puścił oba gole widział cały piłkarski świat. Jak spadać to z wysokiego konia…

Tym samym bramkarz Arsenalu dołączył na YouTube’ie do znakomitego towarzystwa Tomka Kuszczaka oraz Artura Boruca. Można teraz całkiem fajny (i długi) filmik zmontować przedstawiający nieporadność polskich golkiperów.

Dariusz Szpakowski pewnie zastanawiałby się:
I teraz pytanie - czy Arsene Wenger zareaguje impulsywnie i powie Fabiańskiemu “Goodbye”, czy zachowa jednak spokój i cierpliwość w stosunku do polskiego bramkarza?

Według mnie dni Fabiańskiego w Arsenalu są już policzone. Nie, nie z powodu dzisiejszych błędów, nie tylko przez nie. Fabiański jest w Arsenalu już prawie 3 lata, przez ten czas wystąpił w pierwszej drużynie ponad 30 razy. Czy jednak po którymkolwiek występie ktokolwiek powiedział, że Fabiański uratował skórę Kanonierom? Nie przypominam sobie. Owszem, były pozytywne opinie o polskim bramkarzu, kilka interwencji miał naprawdę na najwyższym poziomie. Ale to wszystko. Trochę mało, jak na taki klub jak Arsenal. W wielkim piłkarskim świecie bramkarz musi”robić różnicę”. A Fabiański nigdy jej nie robił, nawet w Legii.

Ostatnio rywalizacja bramkarzy Arsenalu przypomina pojedynek ślepego z kulawym. Niewidomy Almunia puszcza szmaty, a jednonogi Fabiański nie chce być gorszy. Ta nieporadność musi frustrować wszystkich dookoła, ale nie mam wątpliwości, że ten bramkarski kabaret jeszcze trochę potrwa. I dumny tytuł “bramkarza Arsenalu” będzie nosił ślepy Hiszpan.

Reasumując myślę, że Fabian nie dostanie kolejnej szansy w Londynie. Oczywiście “dogra” sezon do końca i nie wykluczone, że zagra nawet w rewanżu z Porto, ale w czerwcu odejdzie. Zostanie wypożyczony do jakiegoś klubu w Ligue 1, tam będzie bronił dobrze i Francuzi go wykupią. Ale do tego czasu Fabiański musi zapomnieć o reprezentacji, ponieważ dał dziś Smudzie znakomity pretekst do pomijania go przy powołaniach. A Franek takie prezenty lubi, bo żaden dziennikarzyna mu w temacie “niepowołany Fabiański” nie podskoczy.

Zacząłem od mojego ulubionego komentatora to i na koniec go sparafrazuję:
Ze stadionu Emirates żegna się z Państwem Łukasz Fabiański!

* Skomentuj ten wpis

Nie było wstydu na “Niemym Losowaniu”

Masha Efrosinina i Piotr Sobczyński przyjemnym dla ucha angielskim poprowadzili całą imprezę. Premier Tusk wykuł się w tym języku kilku zdań, mając w pamięci lingwistyczne wpadki podczas wizyty  Condoleezzy Rice. Przed kamery nie wyrywał się też prezes Lato aby powiedzieć, że jest very happy, czy wiceprezesi Engel i Piechniczek po to by nadmienić coś o polskiej myśli szkoleniowej i rzutach rożnych - każdym bitym inaczej.
Umówmy się, kompromitacji być nie mogło! Do PKiN zjechały się takie tuzy, że wspomnieni wcześniej wiceprezesi musieli zadowolić się miejscami w ostatnich rzędach.  Samobóje to możemy sobie strzelać na krajowym podwórku, ale nie podczas meczu międzynarodowego. Taka impreza to nie miejsce na prywatne gierki i szeroko pojęty polski obciach, tu wszystko musi się błyszczeć i pięknie pachnieć. Dziadki leśne mogły wziąć więc dzień wolny.

Ogólnie całą tą galę odbieram pozytywnie. Od strony technicznej wszystko idealnie - przyjemny podkład muzyczny (nie chodzi mi tu o występ Audiofeels), świetna, bazująca na logo EURO2012, oprawa graficzna podczas losowania. Te wszystkie efekty multimedialne tworzyły dobrze znaną harmonię pod szyldem UEFA.

Niemniej jednak mam kilka zastrzeżeń…

Zastrzeżenie nr 1 - wybór “sierotek”
Ze strony ukraińskiej: Andrij Shevchenko i Oleg Błochin
Ze strony polskiej: Zbigniew Boniek i Andrzej Szarmach

Co do naszych sąsiadów to… myślałem, że turniej organizujemy wspólnie z Ukrainą, a nie Rosją! Może i Ukraińcy utożsamiają się z napastnikiem Dynama, ale on mimo wszystko woli chyba “Wielkiego Brata”, podobnie jak Błochin. Bardzo wymowny był moment, jak prowadzący zadawali “sierotkom” pytania w ich ojczystym języku i Shevchenko z Błochinem odpowiadali po… rosyjsku. Czyżby ukłon w stronę nowego prezydenta? Raczej stare przyzwyczajenie.
Dobra, ale zostawmy Ukraińców.
O Bońku można powiedzieć wiele [niedobrego], ale na “sierotkę” to on się nadaje jak mało kto! Fajnie jest się pochwalić w 100 telewizjach, że Polak jest przyjacielem prezesa UEFA i razem z nim strzelał kiedyś na treningu bramki Giovanni’emu Trapatonni’emu. A, że “Zibi” lansować się potrafi, to świetnie ubrał te przechwałki w słowa. Oj tak, Boniek jest świetnym towarem eksportowym.
Andrzej Szarmach… tak… nie wiem kto wpadł na ten pomysł. Zupełnie niemedialny, w dodatku niefotogeniczny, niepotrafiący dobrze sklecić zdania (po polsku!) - my takiego gościa wypychamy na salony. Trzymając się ukraińskiego schematu “stary-młody” mogliśmy zamiast Szarmacha wybrać np. Dudka. Jestem pewien, że on podczas losowania czułby się jak ryba w wodzie, a kibice w Anglii i na całym Świecie nie musieliby się zastanawiać kto to taki. Poza tym bylibyśmy światkami, przyjemnej dla nas, retrospekcji pod tytułem “Finał LM 2005″.

Zastrzeżenie nr 2 - odklejająca się dekoracja
Szczególnie przy zbliżeniach na Bońka, fioletowe tło za nim w kilku miejscach odchodziło. W kamerze wyglądało to trochę biednie. Scenograf niestety się nie popisał.

Zastrzeżenie nr 3 - “Nieme Losowanie”
Przez to nawet komentator TVP Maciej Iwański (dla którego zawsze wszystko jest fantastyczne) stwierdził, że losowanie jest spokojne i nudne. Chodzi oczywiście o sam moment wyciągania piłeczek z koszyków. Podczas najważniejszego elementu ceremonii głos zabierał jedynie prowadzący losowanie Gianni Infantino. “Sierotki” losowały zespół i bez słowa pokazywały kartkę z nazwą państwa. Tutaj czegoś brakowało. Jakiegoś stęknięcia, jęknięcia, charknięcia, kichnięcia… A tu nic, grobowa cisza. Zabawny Włoch kilka razy nawet próbował nawiązać kontakt ze swoimi pomocnikami, ale się nie udało. Szkoda.

Zastrzeżenie nr 4 - rosyjski wagon metra i cerkwie, czyli miasta-gospodarze EURO2012
Filmiki prezentujące EURO-miasta okazały się zbędne. Mówiąc łagodnie: nie przedstawiały ani nas, ani Ukraińców w kolorowych barwach.
Neptun, morze, rynek, kościół, witraże, Koziołki, rynek, kościół, kościół, rynek, witraże, Kolumna Zygmunta, metro, rynek, kościół - tak przedstawiono polskie miasta.
Na Ukrainie schemat był jeszcze prostszy: cerkiew, cerkiew, cerkiew, plac, cerkiew, plac, plac…
Rozumiem, że chodziło o to, aby uciec od pokazywania (nieistniejących) stadionów, ale żeby od razu chwalić się metrem [w Polsce] i milionem cerkwi [na krainie]?!

Momentami wiało nudą, ale zwykle tak jest na tego typu imprezach. Przecież tak naprawdę w tym momencie żadnego trenera nie obchodzi gdzie odbędzie się turniej w 2012 roku, tylko z kim przyjdzie mu rywalizować o udział tych Mistrzostwach.
Biorąc pod wagę to, że przed losowaniem nasze media obawiały o kompromitację można stanowczo powiedzieć, że było dobrze. Pierwszy poważny test pod nazwą “EURO 2012″ zaliczony. Może teraz sami podnieśmy sobie poprzeczkę i kolejne sprawdziany spróbujmy zdać celująco?!

* Skomentuj ten wpis

Tarasiewicz vs Urban, czyli jeden problem w dwóch zespołach

Na początku krótki opis problemu, który wrócił do mnie po obejrzeniu niedzielnego “Cafe Futbol”:
Janusz Gancarczyk gra w Śląsku Wrocław. Do końca kontraktu zostało mu pół roku. Piłkarz podpisuje kontrakt z innym klubem (w tym wypadku z Polonią Warszawa), który wejdzie w życie dopiero za 6 miesięcy. Trener wrocławskiej drużyny oznajmia, że Gancarczyk nie zagra już w jego drużynie ani minuty i przesuwa go do rezerw.

Jan Mucha gra w Legii Warszawa. Do końca kontraktu zostało mu pół roku. Piłkarz podpisuje kontrakt z innym klubem (w tym wypadku z Evertonem F.C.), który wejdzie w życie dopiero za 6 miesięcy. Trener warszawskiej drużyny oznajmia, że Mucha nadal będzie grał i pozostanie liderem drużyny.

No to kto ma rację: Tarasiewicz czy Urban?
Dla mnie odpowiedź jest prosta. Zachowanie Tarasiewicza to idiotyzm. Nie wystawianie dobrego zawodnika do składu (a za takiego był uważany do tej pory w Śląsku Gancarczyk) to osłabianie drużyny i ewidentne działanie na szkodę klubu. Trener rozbija zespół, chociaż absolutnie nie jest do tego zmuszony.
Twierdzenie, że Tarasiewicz wykonuje w Śląsku pracę długofalową i nie potrzebuje wyników teraz, tylko (na przykład) w sezonie, w którym wybudowany zostanie we Wrocławiu nowy stadion jest jakimś durnym komunałem, powtarzanym ciągle przez naiwnych “znawców”. W piłce nożnej nie chodzi o to, żeby być dobrym kiedyś. Każdy chce, aby jego klub grał dobrze. Tu i teraz. A Tarasiewicz nie korzystając z jednego ze swoich ogniw pozbawia właściciela, kibiców, drużynę oraz siebie tej szansy.
Budowanie drużyny, czy szykowanie formy na określony termin naszym trenerom wybitnie nie wychodzi. Wisła nie gra w Lidze Mistrzów, Lech nie jest Mistrzem Polski…
Niech więc nasi stratedzy nie dorabiają jakiś skomplikowanych teorii do swych prostych posunięć.

Wyobrażacie sobie, że Urban odsuwa od drużyny Jana Muchę? Nie, chociaż sytuacja jest dokładnie taka sama, jak ta we Wrocławiu. Mucha odejdzie, Legia nie dostanie za niego pieniędzy. Mimo, że był “nielojalny” wobec klubu to będzie grał. Urban wie, że odesłanie bramkarza na trybuny byłoby zwykłą głupotą. Trener Legii nie kara zawodnika, za błędy działaczy, którzy nie przedłużyli z nim umowy wcześniej.

Oczywiście w “Cafe Futbol” [nie było tam mojego kontrprzykładu z Janem Muchą], którego gościem był Tarasiewicz prowadzący przez cały program konsekwentnie wylewali wazelinę na trenera oznajmiając, przekonując i zapewniając, że na jego miejscu zrobiliby dokładnie to samo, dla dobra drużyny. Całe to lizusostwo ze strony redaktorów Borka, Kołtonia i Kowalczyka nie było w zasadzie niczym nowym, bo wydaje się, że oni tak szukają przyjaciół w środowisku. A podany argument Kołtonia, że “nie trenowałby przez pół roku piłkarza innej drużynie” skłania mnie do refleksji. Jakie to szczęście dla polskiego futbolu, że Roman Kołtoń nie został trenerem, bo jego klub albo nie przeprowadzałby transferów w ogóle, albo co roku wygrywałby wszystko i rozgrywki stałyby się nudne…

Jedno ważne wyjaśnienie na koniec: nie porównywałem tu o co walczą oba zespoły, kto daje więcej swojemu klubowi - Gancarczyk Śląskowi czy Mucha Legii ani stylu w jakim zawodnicy opuszczają swoje zespoły. Chodziło o zachowanie trenera wobec zawodnika i o skutki jego decyzji.

* Skomentuj ten wpis

Dalej »


Polecamy



Wyszukaj w blogu

RSS


wrzesień 2010
P W Ś C P S N
« sierpnia    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930